Pszczoła, flaming i pomidor, czyli jak stworzyć najprzyjemniejszą markę w Los angeles.
Przyjemność – podobno by doświadczyć jej w tych zabieganych czasach, koniecznie trzeba wpisać ją do kalendarza i pilnować jej równie sumiennie co wszelkich obowiązków. Odkładana, nigdy nie wróci. W przeciwieństwie do zawodowych spraw czy zaniedbanych zobowiązań, o które zawsze prędzej czy później ktoś się upomni. Długi spacer, kolacja w ulubionej restauracji, wyczekana lektura książki ulubionego autora czy urlop to zaledwie przecinki na drodze pełnej powinności.
A gdyby tak odwrócić proporcje i zwiększyć pulę miłych chwil, a nawet wypełnić nimi cały dzień? Nie oczekiwać „wyczekanych” momentów, ale rozsiać je obficie, jak ukochane kwiaty w ogrodzie. Zamiast weekendowego wypadu na farmę pod miastem, gdzie stoi kilka uli, których doglądanie jest dla ciebie najprzyjemniejszą czynnością w wypełnionym po brzegi tygodniu, przenieść się na stałe do wielkiego ogrodu i oddać się temu na pełen etat? Zamiast krótkiej teleportacji do sielskich czasów dzieciństwa, kiedy bliskość natury koiła i zapewniała wszystko, czego tak naprawdę nam trzeba, zostać w tym stanie na zawsze? Pomysł słodki jak miód i lepki od marzeń o życiu idealnym. Być może pojawiał się nie raz w głowie Richarda Christiansena, właściciela studia kreatywnego Chandelier. Ale to tylko myśl, którą można odgonić równie łatwo co bzyczącą pszczołę. Głośniej zresztą – szczególnie w Nowym Jorku – bzyczały kolejne obowiązki.
Jak pszczoły do miodu
Pszczoły mają jednak to do siebie, że wracają. Podobnie jak myśli. Ta o życiowej zmianie w końcu zmaterializowała się za sprawą zbiegu okoliczności, który można też nazwać przeznaczeniem. Zaczęło się od podarunku: Christiansen miał w zwyczaju obdarowywać swoich współpracowników słoiczkami miodu, zebranego na własnej farmie. Nie inaczej było i tym razem – po zakończonej w Los Angeles sesji zdjęciowej rozdawał słodkie prezenty, gdy usłyszał pytanie: „Czy nie chciałbyś postawić kilku uli w ogrodzie mojego znajomego?”. Szczęśliwie dla siebie, chciał.
Tak oto Richard trafił do położonego na wzgórzu 7-akrowego, dzikiego i zarośniętego ogrodu i poznał jego ekscentrycznego właściciela. Na tyle ekscentrycznego, że nigdy, mimo upływu lat i zacieśniającej się znajomości, nie zaprosił nowojorskiego pszczelarza do sąsiadującego z bujną zielenią domu. Pozostaje więc rozgościć się w ogrodzie, który zresztą zachwycił Richarda od samego początku. Podobnie zachwycone były sprowadzone przez niego pszczoły, które z przyjemnością buszowały w obficie rozrośniętej zieleni. Owady robią swoje – zbierają miód, ale też zapewniają zajęcie właścicielowi posesji.
| Flamingo estate |
| richard christiansen |
Zajrzeć pod skrzydło flaminga
Rezydencja staje się wiszącą między Richardem a jej właścicielem tajemnicą. Wiadomo, że jej gospodarz mieszka tu od lat 40. ubiegłego wieku. Życie w tym wspaniałym miejscu dzielił z ukochaną partnerką. To po jej śmierci przyjaciele wpadli na pomysł z ulami, słusznie zakładając, że opieka nad pszczołami może stać się dla starszego pana plastrem na pogrążone w żałobie serce. A kiedy małe owady ratują jedno serce, inne też nie może pozostać bez odmiany. Zwłaszcza, kiedy łączy je płynne złoto.
W końcu więc pada drugie, kluczowe dla tej historii pytanie. Dom jest stary, rozpada się i niszczeje, ogród wymaga pielęgnacji. Richard podczas kolejnej wizyty w rezydencji zauważa: „Nie dasz rady tak dłużej mieszkać. Trzeba odrestaurować posiadłość”. „Ty to zrób” – słyszy w odpowiedzi. Szalony pomysł – Richarda nie stać na taką inwestycję, mieszka i prowadzi firmę na drugim krańcu Stanów Zjednoczonych. Ale starzec kontynuuje negocjacje. „Na ile cię stać? – pyta. Pada suma, którą Richard szacuje na „mniej więcej koszt wakacji na Hawajach”. „Zgoda” – słyszy w odpowiedzi. Starzec jednak stawia warunki. Richard musi odrestaurować dom i ogród, nie może go nikomu odsprzedać. I ostatni warunek: nie wolno mu zajrzeć do środka domu przed sfinalizowaniem transakcji. Prośba jak z bajki, bo i cała opowieść brzmi nierealnie. Christiansen, szczęśliwie dla siebie, kolejnemu rozdziałowi również mówi „tak”. Tak oto wchodzi w posiadanie 7-akrowego ogrodu i rezydencji, ochrzczonej – z racji różowego koloru jej elewacji – Flamingo Estate.
Szlak przyjemności
Tajemnicze szkatułki mogą kryć klejnoty lub ropuchy. W przypowieściach ich zawartość zależy zazwyczaj od czystości serca. Jeśli płynie w nim miód, ryzyko może się jedynie opłacić. Ironią losu jest to, że skrywanym przez pierwszego właściciela sekretem nie był stan budynku, lecz jego przeszłość – dość mocno związana z przyjemnością, choć niekoniecznie w sposób, który mógłby stać się mitem założycielskim marki Flamingo Estate. Dom przez kilkadziesiąt lat był studiem, w którym kręcono filmy pornograficzne. Richard wraz z posiadłością kupił więc pokaźną kolekcję erotycznej kinematografii i kawał historii tej branży.
Zgodnie z obietnicą odrestaurowuje dom i ogród. Do tego zadania zatrudnia parysko-marrakeskie Studio KO, odpowiedzialne między innymi za projekt położonego w sąsiedztwie ogrodów Majorelle muzeum YSL w Marrakeszu. Wybór w punkt – ten duet architektów znany jest ze zmysłowych projektów tworzonych w poszanowaniu dla natury i specyfiki danego miejsca. Kolor, faktura, ale też zapach – to wszystko ma wabić zmysły jak piękne kwiaty wabią pszczoły. Flamingo Estate zaczyna nabierać kształtów – flirtuje z marokańskimi ogrodami i tradycją hammamów, jednocześnie kłaniając się hippisowskiej, hedonistycznej, kalifornijskiej przeszłości. Richard przenosi Studio Chandelier do Los Angeles, razem z odwiedzającymi go rodzicami – australijskimi rolnikami – sadzi w ogrodzie 600 drzew. Wraca do tego, co zna z dzieciństwa: do zabrudzonych ziemią rąk, do pracy, której efekt widać niemal od razu, do obfitej, karmiącej natury. Poznaje swoich sąsiadów, lokalnych rolników. Przypomina sobie o prostych przyjemnościach, takich jak posiłek skomponowany z własnoręcznie uprawianych warzyw czy schrupana w ogrodzie kromka rzemieślniczego chleba, zanurzona w dopiero co wytłoczonej oliwie.
Tak mogłaby skończyć się ta opowieść, ale ona właśnie tu nabiera rozpędu.
| ŚWIECA I KOSMETYKI FLAMINGO ESTATE |
Wiatr zmian
Nic nie podejrzewające pszczoły zbierają pyłki, wypełniając kolejne dni tym, czym trudniły się od wieków. Wiosna 2021 roku jest jednak inna. Choć z perspektywy owada, trudno to uchwycić, z ludzkiej perspektywy jest to bardziej niż namacalne. Pandemia Covid włącza pauzę w ludzkim czasie. Nie ma jednak mocy zatrzymać budzącej się do życia natury. To ona dla wielu staje się remedium i pomaga wrócić rzeczy na właściwe tory. Kiedy plony zebrane przez sąsiadów Richarda przestają być potrzebne w zamkniętych w czasie pandemii restauracjach, ten wpada na pomysł, by znajomi rolnicy sprzedawali owoce i warzywa na terenie rezydencji. W ten sposób najlepsze, produkowane organicznie warzywa i owoce, trafiają bezpośrednio do konsumentów.
Ale to tylko część zbiorów. Co z tymi, które nie znajdą nabywców przed tym, nim się zepsują? Christiansen szuka sposobu na to, by przetworzyć plony w produkty z długą datą ważności. Takie, które nie tylko ocalą je przed zmarnowaniem, ale będą też dawały odrobinę tego, co Richardowi dało obcowanie z naturą – przyjemność. Powstałe tak, by nie szkodzić środowisku naturalnemu, z wykorzystaniem dawnych technik i rzemieślniczych tradycji. Tak rodzi się pomysł na markę Flamingo Estate. Pod patronatem różowego domu, z błogosławieństwem pszczół, krążących na tym konceptem od samego początku.
| Olejek Flamingo estate |
| Żel do mycia ciała flamingo estate |
W rękach natury
Wyrosłe w przydomowym ogrodzie zioła, szałwia i rozmaryn, ale też gałązki wygrzanych w kalifornijskim słońcu pomidorów, aromatyzują sygnowane przez Flamingo Estate świece – jeden z trzech pierwszych produktów marki. To właśnie ta pomidorowa zawróci w głowie, a raczej w nosie Oprah Winfrey. Kiedy kultowa prezenterka wymienia ją na liście swoich ulubionych produktów 2021 roku w jednej chwili sprzedaż skacze z 15 sztuk dziennie do 2,5 tysiąca na godzinę. Ten sukces sprawia, że o marce robi się głośno. Nie zmienia jednak jej założeń. Wszystko, co powstaje pod szyldem Flamingo Estate, ma wynikać z miłości do natury i być wytwarzane z szacunkiem dla niej. Jeśli przyjdzie wam do głowy podlać kwiaty wodą po kąpieli, którą przygotowaliście z produktów Flamingo Estate, rośliny na tym nie ucierpią.
Wszystko, co powstaje pod szyldem Flamingo Estate, wynika z miłości do natury i jest wytwarzane z szacunkiem dla niej.
Produkty bliskie ciału, intymne. Będące w codziennym użyciu, a jednocześnie wynoszące zwykłe czynności na inny poziom – wyczekanej przyjemności. W końcu dlaczego rutyna, taka jak mycie rąk, czy poranny prysznic nie mogłaby stać się ostoją luksusu, chwilą, w której oszałamiająco intensywny aromat ziół, kwiatów i owoców przenosi nas wprost do porośniętego bujną roślinnością ogrodu? Richard poprzez Flamingo Estate przebudował swój grafik, każdą banalną czynność przemieniając w miłe doświadczenie. Poza tym robi to, co każdy ogrodnik.
Nadal stawia ule w ogrodach przyjaciół – limitowane miodowe zbiory z ogrodu zaprzyjaźnionych z nim Aiego Weiweia, LeBrona Jamesa czy Julianne Moore można kupić na stronie marki. Nie zaprzestał też współpracy z okolicznymi rolnikami – ich plony są częścią skarbów, jakie można zamówić w subskrypcji. Sympatyczne pudełka ozdobione grafiką z pomidorami kryją sezonowe owoce i warzywa, zioła, chleby, jak i wyprodukowane na farmie Flamingo Estate octy, oliwy i salsy. Pomysły na ich wykorzystanie – między innymi od Marthy Stewart – można znaleźć zarówno na firmowym blogu, jak i w przepięknie wydanej książce kucharskiej. W końcu codzienny posiłek również warto zmienić w najprzyjemniejszy moment dnia. Może wtedy, nim się obejrzymy, przyjemności będzie w naszym rozkładzie dnia więcej niż obowiązków.