„Odkąd skończyłem 20 lat, nieustannie ktoś jest w Japonii. Czy tak będzie już zawsze?” – ten popularny w internecie żart dobrze odzwierciedla japońską gorączkę, której do reszty uległo pokolenie Z. Czy to quarter-life crisis, czy raczej głęboko zakorzeniona w kulturze europejskiej fascynacja Japonią? Przyznam, że kiedy w gimnazjum moje koleżanki zaczytywały się w mandze i namiętnie rysowały na marginesach zeszytów postacie z anime – nie rozumiałam ich entuzjazmu. Dopadł mnie kilka lat później, gdy zaczęłam pisać o modzie i zrozumiałam, jak ogromny wpływ na kształtowanie się mojego gustu miały japońskie projekty, a także gdy każdy znany przepis zaczęłam modyfikować, dodając yuzu, furikake i miso.
Pierwsza fala zachodniej fascynacji Japonią miała miejsce w XIX wieku. Wtedy to na mocy traktatu z Kanagawy, po ponad 200-letnim okresie samoizolacji zwanym sakoku Japonia w końcu otworzyła się na Zachód. Odkrycie na nowo sztuki i rzemiosła japońskich mistrzów miało ogromny wpływ na rozwój nowych nurtów w sztuce europejskiej, między innymi impresjonizmu, który garściami czerpał z płaskości barwnych plam, palety kolorystycznej, ale także wysokiego stopnia stylizacji znanego z drzeworytów ukiyo-e. Na polskim gruncie największym orędownikiem japonisme był Feliks „Manggha” Jasieński – kolekcjoner i jedna z najbarwniejszych postaci młodopolskiej bohemy. Jasieński zdołał zgromadzić podczas swoich podróży imponującą kolekcję sztuki japońskiej, między innymi 150 drzeworytów Hokusaia Katsushiki i ponad 2 tysiące odbitek Utagawy Hiroshigego. Swoje zbiory powierzył Muzeum Narodowemu w Krakowie, podkreślając, że kolekcja ma stanowić po jego śmierci nierozerwalną całość udostępnianą publiczności. Chociaż charakter zainteresowań kolekcjonera najlepiej oddaje „Portret Feliksa Jasieńskiego w niebieskim kaftanie” pędzla Leona Wyczółkowskiego, moim ulubionym pozostaje romantyczny i tajemniczy portret z dwoma faunami w kwiecistych wieńcach namalowany przez Jacka Malczewskiego (oba obrazy znajdują się w kolekcji MNK). Oryginał, ot co!
| Feliks „Manggha” Jasieński |
| „Portret Feliksa Jasieńskiego w niebieskim kaftanie”, Leon Wyczółkowski | fot. © Muzeum Narodowe w Krakowie |
Laka, porcelana i tabi
Wprowadzony przez Vincenta van Gogha termin japonaiserie, nawiązujący do dużo starszego chinoiserie (eklektyczny styl odnoszący się do kultury chińskiej), oznaczał przede wszystkim wpływ sztuki japońskiej na malarstwo europejskie. Nie należy jednak zapominać o znacznie bardziej „dostępnym” rzemiośle artystycznym – przed 1854 rokiem większość towarów sprowadzanych z Japonii stanowiła porcelana i wyroby pokrywane laką. Japoński design charakteryzujący się zastosowaniem naturalnych materiałów, prostotą form i czystością linii fascynuje do dziś – minimalistyczne projekty MUJI, plisy Isseya Miyakego czy rozpowszechnione przez Maison Margiela dwupalczaste buty tabi – od kilku lat są na ustach wszystkich.
Tym ostatnim należy się osobny akapit. Zawładnęły wybiegami, ulicami miast, a także profilami instagramowych influencerek. Baleriny tabi momentalnie osiągnęły status it shoes, ale wielu użytkowników jest przekonanych, że to oryginalny projekt Martina Margieli, podczas gdy w Japonii znany był już w XV wieku. Mówi się też, że w tradycji Wschodu oddzielenie dużego palca od reszty palców wspiera działanie mózgu i sprzyja równowadze – tej dosłownej, ciała, i tej symbolicznej, ducha. Tabi (足袋) to tradycyjne skarpetki z przerwą między palcami, przeważnie białe, noszone podczas ceremonii herbacianej i przy innych formalnych okazjach, na przykład do kimona. Jak wiele modnych obecnie elementów ubioru (kurtka marki Carhartt jest tu dobrym przykładem), także tabi mają korzenie robotnicze. Jika-tabi wykonane z płótna, przypominające bardziej buty niż skarpetki, były noszone przez robotników budowlanych, rolników, cieśli i rzemieślników. Uroczym przykładem splotu tego kultowego japońskiego projektu z polską młodą sztuką jest para płóciennych butów tabi pomalowanych przez Jędrzeja Bieńko w 2024 roku.
| Jędrzej bieńko, EYES, 2024 |
| Japończyk w tradycyjnych skarpetkach Tabi w dzielnicy Asakusa w Tokio, około 1925 roku |
| Takako Saito „Smell chess”, 1965 |
Zapach sztuki
Jednym z pierwszych przykładów użycia zapachów w sztuce były zapachowe szachy Takako Saito („Smell chess”, 1965), artystki japońskiego pochodzenia związanej z Fluxusem. Tradycyjne figury i piony szachowe zastąpiono flakonami, w których znajdowały się różne substancje zapachowe – gracze zamiast na percepcji wizualnej musieli polegać na zmyśle węchu. Biała królowa pachniała lukrecjowym anyżem, czarne piony kminkiem, białe wieże gałką muszkatołową. Wrażliwość zapachowa jest na stałe wpisana w japońską kulturę, a wielowiekowa tradycja kōdō – rytuału kadzideł – jest uważana za jedną z trzech tradycyjnych sztuk dworskich obok ikebany i chadō, sztuki parzenia herbaty. W okresie Heian (VIII-XII wiek) zapach stał się częścią arystokratycznej etykiety – wonnymi mieszankami perfumowano szaty, wachlarze, nawet listy miłosne. W trakcie rytuału uczestnicy brali także udział w zapachowych „grach”, takich jak Genji-kō, inspirowane „Opowieścią o Genjim”, gdzie układ zapachów nawiązuje do epizodów literackich, które trzeba rozpoznać. Najczęściej używanymi w kōdō kadzidłami były drzewo sandałowe i drzewo agarowe, ale używano również patchouli, lawendy, goździków, a nawet materiałów aromatycznych pochodzenia zwierzęcego.
| Perfumy Blacpepper, Comme des Garçons |
| Rei Kawakubo, założycielka marki Comme des Garçons |
Moda pachnąca atramentem
Założona przez Rei Kawakubo w 1969 roku marka Comme des Garçons na początku nie spotkała się ze zrozumieniem w świecie zachodniej mody – po pierwszym pokazie w Paryżu jej czarne, porwane ubrania nazwano „Hiroshima chic”. Kawakubo nie poddała się krytycznym opiniom i razem z Yohjim Yamamoto zdobyła należne japońskim projektantom miejsce w panteonie high fashion. Podobnie jak moda Comme des Garçons, zapachy tej marki również są niekonwencjonalne, konceptualne i nazywane antyperfumami – można w nich wyczuć nuty kleju, asfaltu czy atramentu. Tym samym marka ugruntowała swój status jako awangardowego laboratorium zapachu. Logo jej młodzieżowej linii, zaprojektowane przez polskiego grafika Filipa Pągowskiego (syna malarki Teresy Pągowskiej), jest rozpoznawalne w kręgach zarówno wielbicieli mody, jak i miłośników zapachów.
Gdy mój dobry kolega poprosił mnie o pomoc w dobraniu ciekawych niszowych perfum, które będą dobre na początek, bez wahania poleciłam mu Blackpepper. Pieprzowe i ciepłe, unisex, fenomenalne do perfume layeringu. Być może Japonia nigdy nie była „modna” – po prostu świat nieustannie na nowo odkrywa jej spokój, porządek i szaleństwo w jednym. I może właśnie dlatego ktoś zawsze jest w Japonii.